Kleń i jaź są wybitnie rzecznymi rybami. Oczywiście występują również w wodach stojących, jednak to właśnie szybko płynące, dobrze natlenione rzeki są naturalnymi siedliskami tych ryb. Ich smukłe sylwetki i silne ciała wydają się być stworzone do buszowania w rwącym rzecznym nurcie. I tak w istocie jest. Czas je stamtąd
Jak działa echosonda? Przetwornik wysyła wiązkę skierowaną w stronę dna, która przybiera kształt stożka. Gdy napotka przeszkodę odbija sygnał, który wraca do przetwornika. Na tej podstawie na ekranie możemy odczytać głębokość ale także napotkane po drodze ryby. Najczęściej kąt sygnału jaki wysyła przetwornik to 60° ale
Christmas Carols sanatçısının 'Los Peces En El Río' şarkısının İspanyolca dilinden Lehçe diline çevirisi
Wody w niej jest bardzo mało. Spotykamy się w drugiej połowie sierpnia, kiedy miasto trapi fala upałów, a poziom wody osiąga miejscami zaledwie 20, 30 centymetrów. A jednak są takie odcinki rzeki, trochę głębsze, gdzie błyskawicznie odszukujemy pod wodą ryby. Skoro są ryby, to znak, że woda jest czystsza niż dawniej i można do
- W związku z dotlenieniem wody, ryby z ujścia przemieściły w górę rzeki. Obecnie kumulują się w okolicy stacji pomp Czerwona I-II. I tam, w ostatni piątek ponownie przeprowadzono napowietrzanie. Na miejscu był Sławomir Bryliński. Naczelnik OSP Dobrzyca: - Te pierwsze napowietrzania trwały 2 dni, łącznie 14 godzin – mówi nam.
Podręcznik dla tłumaczy języka angielskiego. Stanowi połączenie słownika, kursu angielskiego oraz wprowadzenia w podstawowe zagadnienia prawne i gospodarcze charakterystyczne dla krajów anglosaskich. Jest to praktyczny przewodnik dla wszystkich osób, które stykają się z dokumentacją gospodarczą pisaną w języku angielskim.
a4RPA. Czy spławik dorównuje niezwykle popularnej na ostrogach gruntówce? Jak poradzić sobie z prądem płynącym w kółko? Gdzie zbudować stanowisko i jaki obszar klatki wybrać na łowienie? No i wreszcie jak łowić na rzece z główki? Zapraszam na ostatnią czwartą część artykułu poświęconego rzecznemu łowieniu spławikiem z główek. Na główce z głową! napływ, zapływ, czy środek przestrzeni? wybór stanowiska na napływie i zapływie metoda połowu technika połowu Ponieważ zagadnienia w/w są ściśle ze sobą powiązane, omówione zostaną we wspólnej części. A więc jak łowić na rzece z główki? Normalnie, ponieważ nienormalnie też się da, poza tym najlepiej na spławik i z głową. Tak, tak, tak, to chyba oczywiste, dla niektórych farsa, ale ma to swoje logiczne uzasadnienie. Podczas wędkarskich wypraw nad swoją ukochaną drugą żonę Odrę przekonałem się wielokrotnie, że spławik nie dorównuje gruntówce, ale ją przewyższa bijąc o głowę i jest to nadto z mojej strony eufemistycznie napisane. Spławik sygnalizuje mikro brania, które nigdy nie wskaże fedder. I ten fakt jest wystarczającym powodem, by po niego sięgać pod warunkiem, że mamy dobry wzrok i chęci do machania. O ile skuteczny rzeczny spławik, który sprawdzi się na każdej ostrodze, możemy kupić sobie w sklepie, czy w jakiś sposób ustrugać z korka, to mądrej głowy nie znajdziemy w sprzedaży na sklepowych półkach, a bezmyślną i leniwą jedynie możemy ustrugać wariata, niż wywnioskować coś sensownego. To przykre ( a może to i dla ryb dobrze ), że wielu nie umie czytać rzeki ( klatki ) w momencie, gdy sama aż o to się prosi, czy rozkłada przed nami jak dzika łania. Natomiast zadziwiające jest to, że cechy dobrego i złego wędkarza łowiącego z ostrogi są dokładnie takie same, a jedynie subtelności i umiejętności, poparte i ukształtowane przez zrozumienie wykonywanych czynności i zachodzących procesów w basenach między ostrogami są odpowiedzialne za różnice. Na brak brań czasami zwyczajnie nie mamy wpływu, lecz na logiczne, sensowne myślenie i wynikające z nich prawidłowe poczynania już tak. Są wędkarze, którzy potrafią sami myśleć, nieważne jak. Ale są też tacy, za których ktoś myśli. Owi nie połapią ryb z ostróg chyba, że przypadkowo, ponieważ nie umieją przyswajać zdobywanej wiedzy. Korzystanie z niej jest sztuką i umiejętnością, którą trzeba się wyuczyć jak jazdę samochodem, wpasowując do zaistniałych problemów, ponieważ rzeka bardzo często manewruje nas w pole, nie mówiąc o rybach. Myślenie to ciągły, powtarzający niekończący proces. W pierwszej części artykułu zwróciliśmy uwagę na wybór ostrogi. Okazuje się, że główka główce nierówna ( bo nie może być inaczej ) i nie chodzi tu wyłącznie o cechy anatomiczne, ale żywieniowe. Każdy zakręt rzeki posiada gorsze i lepsze klatki, a ta dobra to niekoniecznie piękna, duża, spokojna, czy głęboka przestrzeń. To nie wyściełany kwiatuszkami brzeg, o komfortowych warunkach stanowiskowych, ale taka, w której w naturalny sposób o d k ł a d a się rzeczny, niesiony nurtem pokarm. i jak tu zbudować stanowisko? Warunek powyższy spełnia w zasadzie każda ostroga, niemniej jednak są niuanse dające wyższą ocenę niektórym. Przekonałem się o tym wielokrotnie, że te najlepsze są zaraz przy pierwszym zakręcie i go kończące, z prostej przyczyny: tam pokarmu z uwagi na prawa rzeki jest dużo. Ryba nie wie o naszej wyprawie do niej i nie czeka gotowa na aport byle gdzie, lub w umówionym miejscu na wędkarza, który jej łaskawie coś tam jak psu do pyska rzuci, bo akurat chce w tym pasującym mu miejscu klatki łowić. Uzależniona jest od chimery rzeki. Wiedza o tej osobliwości, powinna p r z y m u s i ć myślącego wędkarza do wyboru na tak, lub nie danej ostrogi i kropka. Mam przykre doświadczenia z selekcją pod przymusem główki ( jedyna wolna, albo może być ). Co prawda nawet do tej teoretycznie „najgorszej” jesteśmy wstanie przyzwyczaić ryby, ale będzie to miało miejsce wówczas, gdy syto i długoterminowo będziemy regularnie i hojnie ją nęcić, żeby przyzwyczaić je do miejscówki. A na to większość nie będzie mieć czasu i grosza, z drugiej strony nie ma sensu obficie nęcić bez gwarancji, że jutro w tym samym miejscu połowimy. Tym samym posiłkować trzeba się tym, co niesie natura rzeką, a dodatkowo z potęguje nasza zanęta. Wobec powyższego są klatki, które w mojej ocenie nawet nie zasługują na skromną uwagę. Nawiasem mówiąc, wyjątek od wszelkich reguł mogą stanowić główki „śmieciowe”, w których naturalnego pokarmu ( raczej oferty z tablicy Mendelejewa ) jest więcej niż zazwyczaj, gromadząc do wyżerki ryby. śmieciowe główki Doprawdy trudno zrozumieć, według jakiego wzoru rzeka nanosi wszelkie farfocle akurat na którąkolwiek, a z takiej łowiąc mamy żniwa. Nie raz widziałem jak pod taką pianą buszowały ryby, co prawda drobnica, ale na coś to wskazuje. Na pozostałych zwracajmy uwagę na rodzaj dna, a więc na kamienie, żwir i glinę, raczej wykluczając te strasznie zapiaszczone, na których gromadzi się drobnica dla drapieżników. A w ogóle najlepsze klatki są tam, do których dojazd samochodem jest utrudniony lub niemożliwy, przez co nie są eksploatowane, dzikie i prawie zawsze wolne. Widać stąd wyraźnie, że w miejscach dostępnych dla każdego, wybór ostrogi jest bardzo ograniczony, a silna presja czy konkurencja wędkarska wymusza wcześniejsze zaplanowanie wyprawy na główkę chyba, że będziemy liczyć na szczęście, inaczej o taką upatrzoną trzeba powalczyć. Żeby na koniec nie ocierać łez warto zdobywać się na wysiłek, by liczyć na udany sukces, a ten będzie wtenczas, jak osiągniemy wynik maksymalnie możliwy do osiągnięcia w danym dniu. Druga część artykułu miała podtekst erotyczny. Zwracała uwagę na dezabil ostrogi. Nie chodzi o danie upustu dziecięcej fantazji, lecz o wnioski ze specyficznego układu prądów krążących w kółko, które powstają przez napierający na zalaną część ostrogi nurt, jak i zawady denne. Dla niektórych prądy nie mają żadnego znaczenia, dla innych są zmorą nie do pokonania, czy udźwignięcia sprzętem wędkarskim, a tak naprawdę są korzystne i kluczowe. Prowadzi to do konstatacji, że występujący wartki prąd klatkowy, jest sprzymierzeńcem dla łowiącego wędkarza, aniżeli wrogiem. A ten, gdy chce się tu odnaleźć, lub nie gościć stale na jeziorach, musi go zaakceptować, a nawet z nim zaprzyjaźnić za pan brat. Ryby podchodząc do stołu żerują właśnie pod prąd, doskonale sobie z nim radząc, ponieważ nanosi im w pyska pokarm i jest wymuszonym, stałym czynnikiem w trybie ich życia. Tak ustawiają swoje ciało, by z tego kierunku wypatrywać pokarmu i atakować go. Takie są generalia, których nikt nie zmieni i ustawi po swojemu. Dodatkowym atutem owego prądowego podania do stołu, jest brak czasu bliższemu przyjrzeniu się przynęcie ryby w szczególności, gdy atakują ją stadem w silnym- szybkim nurcie, wobec powyższego wybaczy w pewnym stopniu drobne nieprawidłowości wędkarza przy budowie zestawu. Wielu uważa, że łowić z ostrogi należy tam, gdzie woda płynie spokojnie, równo, czy stoi. Owszem tak można, jeśli w grę w chodzi rynna, do której nanoszony jest pokarm przez prądy wsteczne, czy w ogóle lokalny charakter rzeki jest leniwy. Inne terytoria mogą okazać się stratą czasu i lepiej darować je sobie na starcie, ponieważ nawet najbardziej interesująca klatka, ma swoje dobre i złe miejsca. Musimy szukać ryby w prądzie, obojętnie jakim- dużym, czy małym. To da nam możliwość podprowadzania przynęty wprost, pod rybie pyska. W zasadzie w nim samym, to my nie mamy za wiele pracy ( mam na myśli prezentację przynęty ), poza częściową kontrolą zestawu i jedną, do tej pory niezastąpioną sztuczką wędkarską zwaną: przytrzymaniem zestawu, która tu sprawdza się kapitalnie. Krecią robotę zrobi za nas prąd tj.: obierze kierunek płynięcia zestawu i go poprowadzi naturalnie ze swoją siłą, zgodnie z zadanym kierunkiem i przy okazji do odkładającego się w danym momencie rzecznego i naszego z zanęty pokarmu, a więc w rybie jadaczki. Sednem jest odczytanie przyszłej trasy przepływu rzuconej na haczyku przynęty w szczególności w części napływowej, która jest trudniejsza technicznie dla wędkarza, aby prawidłowo ją zanęcić i owocnie łowić. Musimy sobie uzmysłowić, że woda w rzece ( w klatkach ) nie płynie prosto jak po szynach, ale zakręca i żeby mogła wykonać ten manewr, coś ją do tego musi zmusić, od czegoś odbić, czy z czymś zderzyć. To prądy ( uciąg ) przeniosą nam zanętę w powstałym po zderzeniowym kierunku, a my przynętą i spławikiem będziemy chcieli pływać dokładnie w tym samym miejscu nad kulami, czy w rozmyciu, a nie daleko. Z uwagi, na ustawicznie stale przekręcający się kierunek prądu, wspomniana owa trasa przepływu zestawu będzie przypominać sinusoidę i mieć wiele rozgałęzień, nawet ze swego źródła – wstawiania spławika. Co więcej, obławianie w miarę spokojnego obszaru rynny zapływowej, przypomina widoczne na ekranie komputerowego monitora różne korytarze na niebie dla samolotów lub tzw. popularne drzewko. Wstawiany spławik z przynętą nieprzerwanie w to samo miejsce, ze względu na stale zmieniające się przez główny nurt kierunki prądu wstecznego, nie zagwarantuje nam regularności płynięcia spławika po tym samym torze ( linii ) trasy, jak to ma miejsce na prostym odcinku rzeki. Wiedza o tym stałym zjawisku powinna nam uświadomić, iż ciężko będzie kontrolować zestaw, a w niektórych przypadkach wręcz niemożliwie- naprowadzając go na tą samą linię. Lepiej sobie ten manewr w niektórych miejscach klatki odpuścić i nie wymuszać modyfikacji trasy, a minimalnie szerzej zanęcić, by pozwolić zestawowi poddać się naturalnemu prądowi. Przynęta wówczas będzie płynęła naturalnie z jego duchem, a rybie zaoszczędzimy głowienie się, co to za cudak płynie i pozwolimy jej przejść od razu do natarcia. Trasę przepływu zestawu na zapływie i napływie ilustrują poniższe dwa schematy: Natomiast strona napływowa to w ogóle odlot. Tu spławik dryfuje podporządkowany prądowi, który stale się przeinacza- raz w lewo, raz prosto, a raz w prawo, za chwile wiruje i prezentuje jakby był na “koksie”. Chcąc sprostać wyzwaniu strony napływowej, należy nie tylko odczytać kierunek prądów w raz z trasą przemieszczającej się zanęty, ale także wziąć poprawkę, na występujące zawirowania i powierzchniowe blaty, które to zakłócają ten kierunek, niejednokrotnie podtapiając i przymuszając spławik do płynięcia w odwrotnym kierunku, niż wynika to z kierunku prądu wstecznego. Czasami obserwacja powierzchniowych prądów na niewiele się zda, ponieważ liczy się ten prąd, który jest pod wodą w części przydennej, w której będzie pływał ołów i haczyk, a ten w klatkach, potrafi być przeciwny do prądu na powierzchni, o czym świadczy częstokroć „zamarcie” zestawu w wartkim prądzie, uwidocznionym mocnym przechyłem spławika niewynikającego z zaczepu. W tej okolicy napływu nie możemy się rozłożyć i łowić byle jak i gdzie popadnie. Inaczej zostaniemy strasznie ukarani. By uzyskać wystarczające odpowiedzi, konieczne jest przed łowieniem i wybraniem ostatecznego miejsca na napływie, bliższe przyjrzenie się wodzie i zaobserwowanie, jak wlewa się do basenu i rozchodzą w niej prądy wsteczne, a krótko przed wyborem stanowiska i nęceniem, popływanie kilkakrotnie zestawem w zamierzonym obszarze łowienia, ażeby sprawdzić możliwy scenariusz wydarzeń zachowań spławika i całego konglomeratu, w raz z trasą jego przepływu wyreżyserowanego przez prąd celem, bycia gotowym na różny rozwój wypadków i obranie techniki, taktyki, a także wybranie pola nęcenia i wyselekcjonowanie najwłaściwszego z możliwych stanowiska. Już kilkakrotne przepłynięcie spławikiem uświadomi nam, jak ograniczone pole manewru do kontroli zestawu serwuje nam strona napływowa, której to my musimy się podporządkować i jak wielu zadaniom należy sprostać, by nad tym wszystkim zapanować i poukładać. Przekonamy się później również, że ryby w części napływowej nie biorą jedna za drugą w tym samym miejscu, ale w różnych jego częściach, za sprawą rozmycia. To wszystko zależy od wykształconego prądu w danym momencie, który stale się przeinacza i przenosi drobiny zanęty w różne miejsca. Dlatego dopuszczalne, a nawet wskazane jest zanęcenie napływu dość szerokim pasem, ( czytaj sinusoidą ) po trasie przepływu spławika, znacznie szerszym od nęconej strefy rynny na zapływie, unikając centralizacji zanęty chyba, że wyjątkowo zależy nam na ustawieniu ryby w szczególności, gdy będziemy chcieli łowić je tyczką w krótkim pasie. Wówczas trzeba poszukać miejsca na napływie, które stanie się polem łowienia, a zestaw będzie pływał czysto od lewej strony do prawej, lub odwrotnie, albo tak się na brzegu ustawić, by ten zamierzony cel osiągnąć tyczką. Notabene, nie każdy napływ idealnie spełnia ten warunek i przy tym wybrane pole nie zawsze będzie najlepszym miejscem napływu. Inaczej spotkamy się z niedogodnością stałego spływania spławika do przodu lub tyłu, taka kontrola zestawu stanie się uciążliwa lub prawie niemożliwa, a wędkowanie tyczką będzie przypominać łowienie batem. Zresztą i tak, co któreś wstawienie, prąd poprowadzi nam spławik zupełnie na odwrót, po swojemu, nie tam gdzie chcemy. Natomiast obszerne zanęcenie napływu jest wskazane, by ułatwić sobie łowienie batem lub bolonką. Takie na pozór uwłaczające logice poczynanie da nam gwarancję zanęcenia całej jego strony przez prąd, a nie wyłącznie wybranej części, bez zmartwień na brak brania, na wypadek opuszczenia zestawu poddanemu mającego tu miejsce chaotycznemu prądowi, poza teoretycznie upatrzoną i wybraną strefę połowu, a to będzie zdarzać się, co chwile. Przy tych dwu metodach, na taki stały rozwój wypadków możemy sobie jak najbardziej pozwolić. Zresztą, przy przepływance nie mamy wyjścia, a to jedyny sposób na rozgałęzienia trasy. Nie musimy, co chwile trafiać zestawem w to samo miejsce startu. Najnormalniej siła napływowego prądu zrobi swoje, zanęci i ustawi szerzej ryby, a rozpostarty pas leżących na dnie kul, zagwarantuje nam bardzo szerokie ich rozmycie i bez względu na to gdzie będzie pływał zestaw, spotka zanęcone i rybne dno. Najtrudniejsze ogniwo układanki ma miejsce z wyborem stanowiska na napływie i regionu połowu. Oba źle wytypowane zniweczą sukces. Ów wybór podległy jest wyciągniętym wnioskom z obserwacji wody, a usiąść trzeba na tyle prawidłowo, tudzież wygodnie, aby efektywnie poradzić sobie sprzętem, jaki mamy do dyspozycji, z wszelkimi prądami i zawirowaniami występującymi w obfitości. I tak, jeśli stwierdzimy, że woda rozmytego warkocza wyraźnie wlewa się do napływu na podstawę główki, a tylko jej niewielka część na szczyt ostrogi, prawdopodobnie lepiej będzie obrać sobie za cel ten teren klatki, do którego woda się kieruje i nanosi prosto pokarm ku brzegowi i wybrać stanowisko, pozwalające swobodnie manewrować konglomeratem w zaistniałym prądzie. tu woda wlewa się na podstawę główki W przypadku ewidentnego odbijania się wody od szczytu główki, wprost do koryta rzeki ( najczęstsze przypadki ), lepiej będzie obławiać warkocz i okolice, w raz z konsolidującymi z nim prądami wstecznymi, a za stanowisko obrać miejsce, które „pogodzi” płynącym zestawem te dwie przestrzenie, pozwalające łowić swobodnie raz w warkoczu, a raz w prądzie wstecznym, tudzież wygodnie wędkarzowi. Niezwykle istotną racją do całości układanki napływu, jest poznanie miejsca narodzin ( jeśli tak to można nazwać ) prądu wstecznego ( doświadczenie z butelką ) w szczególności, gdy odległość jednej ostrogi od drugiej nie jest na tyle duża, że sięgniemy go zestawem. Trzeba dobrze przyjrzeć się warkoczowi na napływie i nieco dalej tam, gdzie staje się bardzo rozmyty i poszukać charakterystycznego miejsca, gdzie woda formuje młynek i obrazuje, czy odzwierciedla leżącego bałwana, która wyglądem go przypomina, strasznie kręci i wyraźnie kieruje jej część na środek klatki ku brzegowi ( poniższy schemat ), zamiast do ostrogi. Trudno za każdym razem według wzoru wytypować to miejsce lub miejsca, których na jednej klatce może być na raz kilka! Powyższy schemat umiejscawia je dowolnie, a na tym samym basenie może być po środku, by za chwilę znaleźć się bliżej strony napływowej, a później dalej. To wszystko zależy od stanu wody, umiejscowienia ostrogi, jej wielkości, głębokości i lokalnego miejsca. Celowo nie podaje odległości od brzegu. Czasami jest to kilka, a innym razem kilkanaście, czy kilkadziesiąt metrów i z każdą sekundą i minutą ewoluuje. W czym problem? Istnieje ryzyko złego zanęcenia napływu. Wystarczy lekkie przerzucenie bałwana, lub trafienie w niego kulami zanętowymi, a skutkuje to natychmiastowym odprowadzeniem powstałym prądem 95% naszej zanęty nie tam gdzie trzeba na napływ, lecz wprost na środek klatki, a tylko pozostałe 5 % na napływ. Skutkiem powyższego będzie ustawianie się ryby w zupełnie innym miejscu, z dala od oczekiwanego z godnie z ruchem powstałego prądu. W następstwie tego zamiast połowić na napływie, odprowadzimy ryby na środek, nie tam gdzie zamierzaliśmy, nieświadomi błędnego zanęcenia, wyrabiając sobie złe zdanie o napływie i miejscówce, lub przeświadczymy się, że w Polsce tylko ryby nie biorą. Niestety, na stronę napływową, ba na każdy napływ osobnej klatki trzeba znaleźć sposób i się go wyuczyć, a z tym poradzą sobie bardziej doświadczeni wędkarze. Jeżeli na dodatek weźmiemy pod uwagę zawady denne występujące licznie w klatkach na napływie, łowienie będzie przypominać pobojowisko z polem minowym, z którym przyjdzie nam się zmierzyć. Wówczas nad przeszkodą wystarczy lekko przytrzymać zestaw jak się da, by uniknąć zaczepu. Idealnym wręcz łowiskiem jest klatka, o dwóch krótkich ostrogach po lewej i prawej, gdzie z podstawy jednej z nich lub ze środka brzegu, zestawem sięgniemy warkocz i okolice, z wielopostaciowymi prądami i wirami. Trudno wymarzyć sobie lepsze i prostsze miejsce do połowu. Obławiać możemy dowolnie, czym chcemy, a wędkowanie podobne jest do prostego odcinka rzeki, lecz nie zawsze, przy czym w takich okolicznościach warto pozwalać zestawowi poddać się pod występujący w danym miejscu prąd, nawet w ten przeciwny do kierunku nurtu. Napływ to wyższa szkoła jazdy, ale niezwykle skuteczna jeśli myślimy o wysokich wynikach. Trzecia część artykułu kierowała uwagę na znaczne różnice głębokości. Okolice warkocza to najgłębsze miejsca w rzece, nawet głębsze od głównego nurtu, w szczególności zaraz przed jak i za ostrogą. Rozbieżności te potrafią wynieść nawet kilka metrów. I tylko rynna przy opasce jest wstanie konkurować głębią z główką. Wynika to z napierającego na ostrogę nurtu na zakręcie, który wypłukuje popularne doły lub inaczej głęboczki, które najgłębsze są na zapływie. Ale potrafią być od tej reguły wyjątki. Napływ będzie głębszy od zapływu tam, gdzie główki są umiejscowione na prostym odcinku rzeki. Zdarzają się takie przypadki i miejsca w rzece, które znam osobiście. Nawet w samym basenie różnice są kolosalne i w żaden sposób klatka nie przypomina równego blatu, który dla leniwych wędkarzy jest marzeniem. Przepraszam za określenie, ale wszelkiego rodzaju półki czy dołki są fantastyczne, bo w nich lub koło, potrafi czaić się ryba, a my musimy tylko znaleźć na nie sposób. Niestety klatka klatce nierówna, więc występujące dysharmonie potrafią być znaczne. Dlatego trzeba nauczyć się patrzenia na rzekę przez pryzmat wody, bez wstępnego badania gruntomierzem każdej napotkanej na swojej drodze klatki. Poza tym metr metrowi w nich nie równy. To sprawia, że poważną udręką staje się odpowiednie dobranie gruntu tak, by haczyk pływał tuż przy dnie, jak i na nim samym w każdym napotkanym na swej trasie przepływu miejscu. Dotyczy to najbardziej bolonki, którą po klatce możemy pofruwać i dosłownie postawić spławik w każdym miejscu, ale bat czy tyczka miewa na niektórych basenach podobny problem. Wykluczam wybór odległościówki, która radzi sobie najgorzej, ale przy niskim stanie wody jak ktoś bardzo chce i potrafi, to czemu nie. Nie sztuką jest mocne przegruntowanie zestawu. Owe postępowanie skazane jest na zbyt częste zahaczanie głównym ołowiem o zawady denne, w konsekwencji zamarciem pod wodą spławika i nawet całkowitym uziemieniem zestawu, grożącym na pewno jego zerwaniem w kamieniach i utratą. Co prawda przegruntowany zestaw dopływający z wypłycenia do np. głęboczka znosi różnice w głębokościach i ustawia spławik we właściwej pozycji, ale najpierw prąd musi go tam pociągnąć i gwarantuje, taki zestaw raczej nigdy tam nie dopłynie, a musimy zrozumieć, że najlepsza metoda na rzeczne klatki to przepływanka z przytrzymaniem, a tylko sporadycznie łowienie na tzw. leniwca. Jak więc należy właściwie ustawić i dobrać grunt przy przepływance, by ryzyko zaczepów zmniejszyć do minimum i zniwelować różnice zestawem? Nie ma złotego środka na wszystkie problemy. Poza tym zestaw nie ma pilota, za którego sprawą automatycznie pod wodą zmniejszymy czy zwiększymy grunt. Ja nauczyłem się i proponuję wyrównywać te różnice długością przyponu z pilotem, czyli śruciną sygnalizacyjną ( jedną lub kilkoma ). Jak to rozumieć? W pierwszej kolejności należy ustalić gdzie i w jakim obszarze, pasie zamierzamy łowić. Przy czy nie jest wskazane obranie sobie za cel pływanie spławikiem po całej klatce w kółko, ale określonego odcinka kilku, lub kilkunastometrowego, na którym wspomniane różnice nie będą zbyt duże. Następnie zbadać głębokość na trasie przepływu od zamierzonego początku i końca. Różnica w głębokości, to dodatek do długości naszego przyponu, który powinniśmy wziąć pod uwagę, powiększony jeszcze o zapas 10-30 cm, na powstający pod wodą łuk zestawu i zamierzone krótkie, bądź dłuższe przytrzymanie. W większości wypadków będzie oscylował w okolicy 0,7-1,5 metra. Taka budowa zestawu, ujednolica w wodzie płynącemu zestawowi różnice w głębokościach i pozwala zapanować nad dysonansem. Daje to nam gwarancję pozostawania przynęty w okolicach dna, na którym skupia się największa ryba, bez znaczenie czy zestaw znajdzie się na płytszej, czy na głębszej wodzie. Długi przypon ma dodatkowo inny atut. Nadaje pływającej na haczyku przynęcie jej naturalne zachowanie, co nie pozostaje bez znaczenia dla ryb. Jedynym „minusem” jest zbyt późne sygnalizowanie brania przez spławik i jego pierwsze przytopienie jest najczęściej jego ostatnią fazą. Sposobem na to utrudnienie jest mądre i zimne oko. Należy szybko zacinać przy pierwszym ruchu spławika, by się nie spóźnić, determinowane rodzajem przynęty. Trzecia część artykułu zwracała jeszcze uwagę, na łowienie ryb na ich stanowiskach, a nie tam gdzie byśmy sobie życzyli, jak w koncercie życzeń. Kierowała uwagę na okolice warkocza i rynny zapływowej. Co te dwa miejsca mają w sobie, że przyciągają ryby? Ma to związek z ich życiowymi wymaganiami, czego rezultatem jest ta predylekcja. Jeśli więc będziemy próbować je łowić z ominięciem ich preferencji, na darmo nam ich szukać. Dlaczego i jak to ogarnąć rozumem? Otóż, podstawowym zapotrzebowaniem na utrzymanie życia ryb jest pokarm. W całości ustępuje on miejsca innemu pragnieniu- bezpieczeństwu, które zajmuje miejsce przed żerem, a jego poważanie tym bardziej wzrasta im większa i starsza jest ryba. Jednakże pokarm pobiera ryba podczas okresowego rytmu życia, podczas gdy poczucie bezpieczeństwa jest stałe, a więc całodobowe. Tymczasem nieodzownym i najważniejszym postulatem ryb jest tlen, którego w łowisku ( rzece ) w ilości gatunkowi zadowalającym ma wystarczyć. Z tych przyczyn, wszystkie te wymienione potrzeby spełnia warkocz i okolica, czyniąc to rozległe miejsce łowiskiem wręcz doskonałym. Tu ryba czuje się jak w domu, przez to jest mniej czujna. Wskutek tego łowimy je zawsze w ich własnych domostwach. Natomiast rynna zapływowa spełnia trochę inne zadanie. Ryba podczas swojego rytmu, albo zwabiona zapachem opuszcza miejsce zamieszkania, udając się na żerowiska, które są ich drugim adresem. Jeżeli stan wody nie jest wysoki, oscylując koło stanu średniego ( normalnego ) rynna, obok okolic napływu, też staje się żerowiskiem. Nią płynie niezjedzony pokarm z napływu, rozwijają się wszelkiego rodzaju ślimaki, woda trochę się uspokaja, z tej racji powinna poza okolicami warkocza, stać się dla nas potencjalnym miejscem połowu. Jak tu łowić? Wyborem stanowiska na zapływie będzie nie zawsze szczyt ostrogi, ale jej część środkowa, czasami podstawa. Pozwoli to nam łowić w pierwszej fazie strefy środka rynny, a w drugiej fazie okolic warkocza i za każdym razem, kiedy tylko chcemy dowolnie przytrzymywać. Na taki obrót wydarzeń najlepiej nadaje się bolonka, którą możemy popływać od kilku do kilkunastu ( kilkudziesięciu ) metrów, mająca znacznie większą przewagę w zasięgu nad tyczką. Nie warto siadać u podstawy ostrogi ( wyjątek krótka ostroga ) gdy chcemy wybrać za strefę całą rynnę do warkocza, a ostroga jest bardzo długa. Najzupełniej możemy nie widzieć atenki spławika na oddalonym zestawie, a co najgorsze nie poradzimy sobie z odpowiednim dobraniem gruntu. Ale tak naprawdę wybór konkretnego miejsca na zapływie i regionu połowu, zależy w głównej mierze od sprzętu, jakim dysponujemy. Tyczka daje najmniejsze możliwości obszarowo, ale jest najbardziej precyzyjna. Długi bat nieco zwiększa w płytszej wodzie ten zasięg ( wszystko zależy od głębokości rynny i głęboczka ), a bolonką łowimy i podprowadzamy zestaw gdzie chcemy. Z tej przyczyny, wybór stanowiska na zapływie jest uwarunkowany od możliwości posiadanego sprzętu, zamierzonym wyborem regionu połowu i różnic w głębokościach. Dlatego czynników w pływających na to kryterium jest cała kupa. Poniższe schematy ilustrują możliwy wybór stanowiska i strefę połowu do tyczki, bata i bolonki. Najtrudniej łowi się w samym warkoczu. Wymaga on bardzo dużego doświadczenia, umiejętności i dobrego wędziska. Zestaw musi być na tyle ciężki, aby przy przytrzymaniu, które ma mieć miejsce co chwilę w raz z popuszczaniem, haczyk był w okolicach dna. Trzeba nauczyć się odróżniać przytapianie spławika od brania. Nęcimy ciężkimi kulami wprost w warkocz tak, by pływać zestawem nad nimi i tuż za nimi. Warto wyuczyć się połowu tutaj, ponieważ spodziewamy się największych ryb. Jednakże przy wysokim stanie wody, żerowiskami potrafią być i są przybrzeżne płycizny, tym samym niekoniecznie ich domostwa. Przeto złowić je można nie tam, gdzie na pierwszy rzut oka logika wskazuje. Toteż uważam, że należy kierować się następującą dewizą: Im wyższy stan wody, tym można pozwolić sobie łowić dalej od warkocza, im niższy stan, tym bliżej warkocza. Dotyczy to zapływu jak i napływu. Natomiast bardzo niski stan wody, zmusza ryby do opuszczenia swoich domostw. Klatkę za dnia, możemy wtenczas sobie odpuścić. Jedynie w nocy ryba wpływa do brzegów. Obławianie wynikające z logiki dołów, głęboczków, rynny, czy choćby warkocza nie przynosi spodziewanych plonów, a wielu głowi się gdzie rybę wywiało. Daleko, z dala od brzegu. Kto łowił przy niżówkach, ten wie, o czym piszę. Ryba wtenczas migruje nie za „chlebem”, a tlenem. Warto szukać wówczas ryby ze szczytu ostrogi ( wszakże nie tylko przy niżówkach ), tuż za warkoczem na granicy nurtu, miejscu potencjalnie dobrze natlenionym. Właśnie w takich okolicznościach ogromną rolę i pożytek odgrywają zawady denne, nie zawsze te pojedyncze, ale ich mnogość, które sprawiają, że woda na powierzchni bełta się, zmieszana z powietrzem natlenia. Tuż za nimi i w okolicy ryba znajduje swoje ostoje. Znalezienie takiej, to wytrzaśnięcie zbiorowego siedliska, wtenczas droga do sukcesu jest bardzo bliska. Stanowiskiem staje się szczyt ostrogi, strefą połowu okolica warkocza w nurcie. Nęcimy jak na prostym odcinku rzeki pamiętając, że ostroga sięga daleko pod wodę, skutkiem tego zanętę kładziemy w zależności od regionu połowu głęboko w napływ, lub zaraz w zapływ nurtu. Bynajmniej nie z każdej ostrogi z najdziemy ryby, w takim razie trzeba być tego świadomym. Puenta z trzeciej części jest następująca: Nie da się powiedzieć ot tak po prostu: Tu z główki, na klatce łowi się leszcza, tu krąpia, tam brzanę, tak klenia, a tam płotkę. Wszystko zależy od kapryśnej rzeki, na którą nie ma mądrych. Mając to na uwadze, w rozważaniach posłużyłem się uogólnieniami popartymi wieloletnią praktyką, żeby wystarczyły do naszych wędkarskich potrzeb. Stąd trafne uogólnienie, że ryby łowimy w warkoczu, okolicach i rynnie. Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że ryba nie obiera za granice te tereny i kurczowo się ich nie trzyma. Na zakończenie trzeba jeszcze odpowiedzieć na ostatnie dwa pytania: kiedy łowić z napływu, kiedy z zapływu? od czego to zależy? Ad1. Z pewnością wielu z Was spodziewa się jakiejś bardzo precyzyjnej odpowiedzi. Nie wiem czy takowa istnieje, choć przyznam, są niuanse, które warto wziąć pod uwagę. Napływ jest pierwszym miejscem, na który nanoszony jest rzeczny pokarm, tym samym teoretycznie jest najlepszy, ale technicznie do rozpracowania najtrudniejszy. Zapływ ma nam do zaoferowania poza okolicami warkocza rynnę, która jest nieco spokojniejsza, lecz głęboka. Trzeba przyznać, że jedna i druga strona potrafią być nieobliczalne i przynoszące plony. Nie zmienia to faktu, iż zawsze, kiedy tylko chcemy, możemy łowić tu, lub tam. Nie ma żadnych wypracowanych reguł, które wyraźnie wyróżniałyby którąś ze stron. Ad2. Wybór należy do wędkarza zależny od: jego umiejętności, zrozumienia wykonywanych czynności i procesów zachodzących w basenach, czasami wiatru, pory roku, dnia, stanu wody, temperatury, usytuowania ostrogi, a także od gatunku i kaprysu ryby. Jak widać, zależności bardzo złożonych i ściśle powiązanych ze sobą jest całe mnóstwo, z którymi nie poradzi sobie nawet komputer. To, które miejsce ryba obierze za żerowisko, czy swój dom, zależy przede wszystkim od niej samej i jej trudnego do zrozumienia gustu, a nie nas. Żadna najlepsza zanęta tego nie zmieni. A ponieważ o gustach się nie dyskutuje, nie przekonamy ryb na którąkolwiek stronę. Każda, nawet ładnie z wyglądających stron, ma swój dobry i zły czas. Przekonać możemy się tylko indywidualnie, a teoria podana na talerzu w niczym nie pomoże. Czasami lepiej łowi się na napływie, a innym razem odwrotnie. Wiosna i jesień to wskazanie na napływ. W szczególności w jesieni leszcze w pływają na przybrzeża napływu. W upalne dni ryba szuka wytchnienia, dlatego schodzi głębiej, ale nie zawsze. Lato- bez znaczenia. W zimie gdy nie ma mrozów i są cieplejsze dni, ryba też żeruje na napływie. Łowiłem je w wtenczas na głębokości 1 – 1,5 metra!, podczas gdy na zapływie kompletnie nie brały. Jeżeli stan wody jest wysoki, wybierajmy napływ, ponieważ jest płytszy. Przy dużym wietrze, zarzucajmy z wiatrem ( jest łatwiej ). Pamiętajmy to tylko teoria, która w tym samym czasie nie musi się sprawdzić nawet na następnej ostrodze, nie mówiąc o lokalnym miejscu, województwie, czy innej rzeki. Ryba to też „człowiek”, organizm żywy, a nie matematyka, gdzie według podstawionego wzoru obliczymy jej preferencje, a klatka ( strona ) to nie taca, do której sięgamy po ryby jak po słodycze. Celowo opisuję złożoność problemu, bo nie ma jednoznacznej odpowiedzi na zadane pytanie. Najlepiej jest samemu wszystko sprawdzić w swojej okolicy, popróbować, ponieważ każdy odcinek rzeki to swoiste indywidua. Wybierając napływ na swój region połowu, musimy być świadomi ograniczeń jakie niesie i swoich umiejętności, bo jest tu skutecznie łowić wielką sztuką. Ale raczej nigdy nie zawodzi. To już koniec rzecznemu łowieniu z główek. Mam nadzieję, iż nieco przybliżyłem niektórym, w szczególności początkującym adeptom powyższy temat. Zdaję sobie sprawę, że cztery części nie odpowiedziały na wszystkie możliwe nurtujące pytania, a niektóre zagadnienia nawet bardziej skomplikowały, a inne uprościły. Niektórzy mogą załamać się skalą i stopniem tematu. Uwierzcie, łowienie z główek jest na tyle proste, co trudne. Braki w umiejętnościach, zrozumieniu i technice są w głównej mierze przyczyną niepowodzeń. W swoich rozważaniach, starałem się opisać wszystkie swoje przeżycia, jakich doznałem szlifując wędkarstwo na rzecznych ( odrzańskich ) i zaledwie niektórych ostrogach. Wychodzę z założenia, iż lepiej jest poznać dobrze jedną, dwie, trzy główki, niż skakać z jednej na drugą. Nikogo też nie chcę na siłę przekonać do swoich racji, jako że ja też jestem tylko omylnym człowiekiem. Najnormalniej takiego łowienia na klatkach doświadczyłem, a co się nauczyłem i sprawdziłem- opisałem. To powinno skłonić początkujących do skorzystania z gotowych podpowiedzi, a tych, którym ta wiedza nie wystarcza, czy się z nią nie zgadzają, do poszukiwania innych alternatyw, a przede wszystkim do wyuczenia się swoich metod połowu, do czego wszystkich zachęcam. Z wędkarskim pozdrowieniem. Grzegorz Grabowski
Oddajemy do rąk wszystkich miłośników wędkowania książkę uznaną przez najlepszych specjalistów za opracowanie klasy międzynarodowej, chyba najdowcipniej i najinteligentniej napisany polski poradnik wędkarski. "Wędkarz i rzeka" Wacława Strzeleckiego to niezastąpiony podręcznik dla początkujących, a równocześnie zaskakująco odkrywcze dzieło dla wędkarzy nawet najbardziej zaawansowanych. Ci wszyscy, którzy zetknęli się wcześniej z "Wędkarstwem rzecznym" tego samego autora, znajdują tutaj rozszerzenie i pogłębienie treści tamtej książki oraz bogactwo materiału nowego, ujętego w sposób niezwykle przekonujący. Książka "Wędkarz i rzeka" jest adresowana zarówno do tych, którzy szybko pragną dużej ryby, jak i do tych, którzy wędkarstwo uważają za najpiękniejszy sposób na życie, pozwalający sprawdzić się w sportowym pojedynku z rybą - przeciwnikiem trudnym i wymagającym.
Skupię się jednak głównie na poszukiwaniach prowadzonych pod kątem spinningu, jako że polowania na białoryb przy pomocy zestawów spławikowych bądź gruntowych wydaje się znacznie prostsze. Polega bowiem na znalezieniu obiecującego odcinka i dokładnym wygruntowaniu dna, pozwalającego na lokalizację wszelkich dołków, krawędzi spadków, niekiedy przeszkód zalegających na dnie. To już połowa sukcesu. Dalej to odpowiednia kompozycja zestawu, skład zanęty, rodzaj i wielkość podanej przynęty i sporo drobnych spraw, o których... każdy doświadczony spławikowiec mógłby książkę napisać. Zacznijmy od miejsca wybitnie charakterystycznego: Narwiańska główka, jedyna taka mi znana. Zbudowana ze złomów skalnych przez dziesięciolecia ulegała rozmywaniu. Aż wreszcie ktoś pomysłowy, a w niej zakochany, postanowił ją wzmocnić po swojemu. Nasypał więc betonowych fragmentów z rozebranego ogrodzenia. Szpetnie to wygląda, jest w dodatku niebezpieczne dla próbujących dotrzeć do szczytu. Kawałki muru chyboczą się pod stopami, więc w każdej chwili można zaliczyć upadek i kąpiel. Ale ryby są. Co roku, z dołu za szczytem główki padają okołometrowe sandacze, niekiedy trafi się podobnej wielkości szczupak, także sum. Niestety jest to miejsce tylko dla doświadczonych wędkarzy, dysponujących mocnym sprzętem. Stare głazy, potem uzupełnione o zmywane fragmenty ogrodzenia, zalegają na dnie nawet 15 m od główki. Tak więc bez solidnej plecionki ani rusz. A i tak trzeba być przygotowanym na spore straty w przynętach. Z żyłką, nawet 0,30 mm, nie ma co podchodzić. Na pięć rzutów 4 rwania są pewne. Oczywiście można poprowadzić „gumę” nieco wyżej, lecz wówczas nie ma co liczyć na branie. Zwalone do wody drzewo, nieco dalej wystający pień, mówią same za siebie. Szczególnie interesujące jest to drzewo. Woda wymyła przed nim i pod nim rynnę głęboką na ok. 2,5 m (głębokości odnoszę do średnich stanów wody). To doskonałe miejsce na szczupaki i okonie. Jednak pod warunkiem, że wabik dosłownie ociera się o gałęzie. Przy czym te zanurzone, widoczne ze skarpy przy nasadzie pnia, sięgają znacznie dalej niż te na powierzchni. Więc bez polaroidów ani rusz. Co podawać? Na napływie tonący wobler. Tak rzucony, by nurt wcisnął go pod pień. Owszem, dałoby się spławić wobka nawet i na dziesięć metrów dalej, tuż nad dnem, jednak wówczas wyjęcie nawet ledwie miarowego szczupaczka staje się prawie niemożliwe. Ryba na pewno zdoła się wbić w gałęzie. Strona zapływowa – guma lub przeciążona wirówka podana na skraj gałęzi błyskawicznie dojdzie do dna.. I tak, jeśli wirówka nr 3 ma zwykle ok. 6 g, to tu potrzeba 10 g. Musi jednak idealnie pracować, bo ściągana z prądem na odcinku nie dłuższym niż 10 m pozostaje w polu widzenia drapieżników może z pięć sekund. Równie mocno obciążone, agresywnie pracujące kopyto, popracuje nieco dłużej. Czy są jakieś inne ryby? Są jazie, w ciepłej porze roku lubiące buszować między zatopionymi gałęziami. Niestety, tu już trzeba speca z dużą dozą szczęścia. Speca dlatego, że poprowadzenie w poprzek nurtu lub po skosie małego woblerka na delikatnym zestawie, gdy tor prowadzenia musi być skalkulowany co do kilku centymetrów, a potem błyskawiczne wyprowadzenie ryby na otwartą wodę, wymaga dużych umiejętności. Pojawiają się tutaj także klenie, na granicy nocy i dnia zaglądają sandacze, a w środku upalnego, letniego dnia harcują bolenie. Te gatunki mają niedaleko inną, znacznie ciekawszą dla siebie miejscówkę. Drzewo zaparło się gałęziami o twardy, piaszczysty garb, którego szczyt jest ok. 1,5 m pod powierzchnią. To twór przypominający twardą, jeziorową górkę. Jej łagodne spady schodzą do ok. 3 m. Trudność w tym, że drzewo oddalone jest od brzegu o ok. 40 m. Niczym małym się tam nie dorzuci. Więc o kleniach trzeba zapomnieć. W użytku będą tylko ciężkie, dalekosiężne przynęty w postaci boleniowych wahadłówek i dość mocno obciążonych gum. A tu już dowód na to, że nie powinno się uparcie trzymać stereotypów. Trzy poprzednie fotki zrobiłem w tym samym rejonie, na odcinku ok. 500 m. W pięciu to obławialiśmy, zaliczając tylko jakieś niewielkie okonki. Sandacze się nie pokazały, w podręcznikowych miejscach szczupaków nie było. Lechola jako jedyny, już na zakończenie dnia, postanowił popróbować inaczej. Średniej wielkości rippera posyłał w główny nurt, gdzie jest najgłębiej, ale woda nie sygnalizuje obecności jakichkolwiek przeszkód na dnie. I dlatego jako jedyny zszedł z tarczą. A myśmy nie wzięli pod uwagę, że to był początek grudnia, więc drapieżniki wolały poszukać grubej, spokojnej wody. Znowu Narew, końcówka maja. Miejsce, do którego z racji podmokłego, silnie zarośniętego brzegu bardzo trudno się przedrzeć. Co więcej – to jedyne takie miejsce na odcinku ok. 150 m. Na sukces można tam liczyć najwyżej do połowy czerwca, póki roślinność zanurzona do końca nie zdominuje tej maciupkiej zatoczki lub dopiero w październiku, gdy zielsko zbutwieje. Skarpa dlatego się trzyma, że stara, zwalona przez bobry wierzba jest silnie ukorzeniona. Właśnie korzenie nie pozwoliły kolejnym przyborom na zniwelowanie cypelka. Za to, w sobie wiadomy sposób, przyroda utworzyła maciupeńką, nieco przymuloną zatoczkę z głębokością ok. 1,5 m. Obłowić ją można tylko z jednego miejsca. O jakieś 8 m niżej (w prawo) mokry brzeg nieco się podnosi, maciupkim cypelkiem wrzynając się w nurt. Tylko stamtąd można posłać wabik w taki sposób, by spadł tuż po wierzbą, nie zaczepiając o wystające gałęzie drugiej, mniejszej wierzby. Co więcej – to miejsce tylko na bezwietrzną pogodę. Najmniejszy podmuch jak nie posadzi wabika na suchych badylach, to zepchnie w stronę środka. A wystarczy, że wpadnie o metr za daleko, gdzie już się robi piaszczysta łacha, by nie było szansy na branie. Czym wabić ryby? Wirówka nr 2 lub 3 ewentualnie wobler wielkości 4-7 cm. Przy tak niewielkiej głębokości w zasadzie można spodziewać się brania w każdej partii wody, bo start na półtora metra to dla szczupaka nie problem. Wolę jednak wirówkę. Precyzyjnie podana pod pień, z racji tego, że woda w zatoczce prawie stoi, od razu dojdzie do dna, wędkarzowi pozostawiając większe pole manewru. Jednak niewykluczone, szczególnie w pogodny, letni dzień, że zębaty będzie czatował pod powierzchnią, wygrzewając się na słońcu. Toteż prędzej zaatakuje to, co ma dosłownie przed nosem, niźli zejdzie o metr niżej. Więc lepszy będzie wobler. Tu, z racji odległości, już gorzej widać miejsce. Ale trochę da się dostrzec. Zerknijcie między gałęzie uschniętego krzaka. Na środku rzeki, przy bezwietrznej pogodzie, widać wyraźne zmarszczki na powierzchni. To sygnał, że na dnie coś zalega. Owszem, to kilka głazów, tworzących śródrzeczną rafę. Na godzinę przed zmierzchem i jeszcze dwie godziny po wschodzie rafa dostaje się we władanie sandaczy. Nie tych ledwie miarowych malców, dostępnych bliżej brzegu. Tam jak już coś się skusi na gumę, to będzie to co najmniej dwójka. Ale nie tak hop-siup, że dwa rzuty i jest ryba. Sandaczy coraz mniej, a w dodatku lubią się przemieszczać. Niekiedy wyjdą na żer dopiero grubo po zmroku, najadając się w kwadrans. Czyli w czasie, kiedy da się wykonać pięć, niechby dziesięć rzutów. Jeśli nie uda się „wstrzelić” w czas ich aktywności żerowej, to na branie nie ma co liczyć. Niestety, są dwa inne problemy. Po pierwsze odległość od brzegu, sięgająca ok. 50 m. Trzeba niezłego sprzętu i sporo doświadczenia, by trafić kilka metrów przed widoczne zakłócenie nurtu i przeprowadzić gumę między głazami czy tuż obok nich. W sumie to jest dziesięć, może piętnaście metrów przebiegu wabika, kiedy można liczyć na branie. Potem to już tylko jałowe ściąganie gumy do siebie, gdy atak niemal graniczy z cudem. Problem drugi to oczywiście rwania. Tak więc znowu tylko mocna, dobrej jakości plecionka, dzięki której da się rozgiąć hak. Szarpanie na żyłce, próby odstrzeliwania, a wreszcie niemal pewne rwanie, już po pierwszym razie może wypłoszyć ryby. Czysta wędkarska poezja! Zresztą okraszona sporą dawką surwiwalowych doznań. Oto piaszczysta, najeżona korzeniami skarpa. Niemal równie gwałtownie spadające dno wygląda podobnie, też pełne uwad. Spójrzmy jednak na te zwary, wyraźnie widoczne o 10 m od brzegu. Tworzą się za wysokim cypelkiem, z którego pstryknąłem fotkę. Co więcej, z cypelka wystaje pień zwalonego, zatopionego drzewa. Też mocno ukorzenione, więc kolejne przybory nie mogą się z nim uporać. Pod warkoczem nawet do 6 m wody. Skotłowanej, płynącej stosunkowo szybko. Dno twarde, przede wszystkim żwirowe. W zatoczce bliżej brzegu już nieco płycej, ale dno równie twarde. To oczywiście królestwo sandaczy, a nocami także suma. Niestety, nocne łowy w tym miejscu tylko dla największych ryzykantów. Z wysokiej skarpy zbyt łatwo objawić się w wodzie. A tu już na drugim metrze od brzegu jest ze dwa metry rwącego, kręcącego nurtu. Tu nawet przy doskonałej widoczności, jeśli komuś chce się wędrować na styku skarpy i wody, trzeba uważać na każdy krok. Szczególnie, że burta piaszczysta, więc można widowiskowo zjechać. Jeszcze trzeba mieć na uwadze, że spadek dna jest prawie tak samo stromy, więc kąpiel w woderach może zakończyć się tragicznie. W ten dół posyłam tylko mocno obciążone gumy. 10 g zwykle nie wystarcza, by opukać dno, więc 15 g to minimum. Ale też i ostro nurkujące woblery. Nie tyle dla sandaczy, co dla szczupaków. Te siedzą bliżej brzegu, wybierając spokojniejsze rejony z mnóstwem cieni prądowych. Są i okonie, naprawdę grube. Trafiają się bardzo rzadko, ale gdy się któryś połakomi na sandaczową gumę, to nie ma mniej niż 30 cm. Owszem, kręci się ich trochę przy samej burcie, niemniej będą to sztuki nie większe niż 25 cm. Spójrzmy jeszcze na ledwie widoczne, na dalszym planie, patyki wystające z wody, te pod pochylonym drzewem. Na kolejnej fotce to samo, z przybliżenia. Pomyśleć, ledwie ze 20 m dalej, a taka zmiana nastroju. I rybostanu. Tu już maleńkie królestwo jazi. Co prawda nie łowię ich w sposób celowy, niemniej miło siąść i popatrzeć, gdy zaczną oczkować tuż przy patykach i odrobinę za nimi. Poczekałem kiedyś, schowany za krzakiem. Uff! Pokazywały się kabany po 2 kg, może nawet więcej. Kilka mniejszych sztuk, na przestrzeni paru lat, przypadkiem jednak się trafiło. Przypadkiem, bo celowałem w lubiące się tam zakręcić okonie. Niekiedy podchodzą niewielkimi stadkami takie „patelniaczki” po ok. 25 cm. One też lubią się posilić drobnicą buszującą między patykami a brzegiem. Niestety, wiaterek był dość silny, więc na zmarszczonej wodzie niewiele widać. Po uważnym wpatrzeniu się (nie w Olgierda, ona tam tylko gumy koncertowo rwał) można dostrzec niewielkie zakłócenia nurtu, widoczne dokładnie nad kapeluszem Ola. Tu, na odcinku kilkudziesięciu metrów, rzeka załamuje się nad serią zwalonych, leżących w poprzek nurtu, potężnych pni. Prawdopodobnie dęby. Miejsce mało uczęszczane, bo dojechać nie sposób (kopny piach), grunciarskiego czy spławikowego majdanu nie chce się dźwigać przez kilkaset metrów. W dodatku łowisko piekielnie przynętochłonne. Nawet przy mocnej plecionce trzeba się liczyć z wielkimi stratami. Czy warto? To na pewno królestwo sandaczy, także i grubych sumów. Oczywiście trzeba jeszcze trafić w czas aktywności żerowej. I oczywiście być zaopatrzonym w spory zapas przynęt, tudzież odporność psychiczną na szybkie uszczuplanie zawartości pudełek. Można też odpuścić sandaczom i przy pomocy woblerów czy wirówek zapolować, tuż przy skarpie, na szczupaki i okonie. Dość gwałtowny spad tuż przy brzegu, obfitujący w liczne występy czy oderwane od skarpy kępy darni, stanowią znakomitą bazę wypadową dla lubiących maskowanie drapieżników. Dlatego pamiętać należy o jeszcze jednym: przypony antyzębowe. I Olo się zdziwił, i ja też, gdy dosłownie pod nogami, przy ściąganiu gum posyłanych między zwalone pnie, zaatakowały szczupaki. Pstryk! – i po zawodach. Wiem, że rwanie na pniach, gdy suma strat jest powiększana o nietanie przypony fluokarbonowe, staje się zdecydowanie bardziej bolesne. Ale coś za coś. Czyż bowiem nie boli, gdy dwójkowy szczupak, po paru godzinach bezskutecznego biczowania wody, obcina jedną z ostatnich gum? Oto woda – marzenie dla wyznawców wszystkich „jedynie słusznych” metod wędkowania. To okolice wsi Ponikiew, lewy brzeg. I ubiegłoroczne zawody spławikowe z cyklu Maver Cup. Zwróćcie uwagę na ten długi, łagodny łuk. Ciągnie się on jeszcze wyżej, poza kadr, zaś niżej jest jeszcze z pół kilometra takiej samej wody. To bardzo długa, żwirowo-piaszczysta, miejscami kamienista, przybrzeżna rynna o głębokości 3-4 m. W wakacje szalenie trudno znaleźć tam wolne miejsce, bo na całej długości, czyli prawie 2 km brzegu, wyrasta miasteczko namiotowe, ale do czerwca, potem od września, to raj dla wszelkiej maści wędkarzy. Spinningista, jeśli chce obłowić każdą z ciekawszych miejscówek, nie wyrobi się w ciągu jednego dnia. Jest tu bowiem tak wiele miejsc, że szalenie trudno się zdecydować, gdzie stanąć. A w każdym z nich można popróbować gum wszelkiej maści, woblerów i praktycznie wszystkich przynęt, które człowiekowi udało się wymyślić. Bywa, że przy tym samym zwalonym drzewie tuż pod burtą czai się szczupak, nad jego głową, przy gałęziach, urzęduje stadko jazi czy kleni, walnie boleń. Dziesięć metrów dalej, już w rynnie, warto poszukać sandacza, a i sum się trafi. Ale w tej rynnie kręcą się też i grube szczupaki, nieobecne przy brzegu, więc przeciwzębowy przypon staje się koniecznością. Niestety, ten odcinek czasy świetności ma już za sobą. Od początku lat 90 wali tam całe środkowe i północno-wschodnie Mazowsze, a widywałem już rejestracje wielkopolskie czy poznańskie. W dodatku to rejon, gdzie niemal w każdy weekend odbywają się zawody, głównie spławikowe. Toteż kilkusetmetrowe odcinki brzegu bywają wyłączone z wędkowania. Jak wspomniałem – już po czasach świetności. Chyba człowiek nie zdołał wymyślić nic, czego tamtejsze ryby nie widziały. Codziennie sypią się do wody setki kilogramów zanęt, codziennie śmiga w toni kilka setek wszelkiej maści przynęt spinningowych. Dopiero jesienią, gdy presja zmaleje i brzegi opustoszeją, naprawdę warto tu zapolować. Na gruby białoryb lub coraz bardziej nieliczne, lecz stosunkowo spore drapieżniki. Miejsce z pozoru nieciekawe, prawda? To akurat królestwo Bysiora, czyli Borsuki n. Narwią. Tyle, że do tego „królowania” przyznawać się będzie co najmniej kilkuset innych wędkarzy, tłumnie walących tu przez cały sezon. Szczególnie, że tuż obok jest rybaczówka PZW, z możliwością wynajęcia pokojów i stołowania się w stosunkowo niedrogiej knajpce. Wróćmy do miejsca. Otóż tu na powierzchni wody prawie nic nie widać. Prawie żadnych załamań, zawirowań itp. A to dlatego, że tuż przy brzegu zaczyna się gwałtownie opadająca, prosta, twarda rynna. Trzeba stanąć tuż nad wodą, by dostrzec, że pierwsze trzy metry to łagodny, piaszczysty skłon, który niemal natychmiast zamienia się w gwałtowny spad. O czym zresztą Tomek się przekonał, wykonawszy o jeden krok za daleko. Co poskutkowało jesienną kąpielą, w opakowaniu, aż prawie do ramion. Mnie się udało, bo zrobiłem tylko pół kroku za daleko i miałem wodę w jednym z woderów. Zapewniam jednak, że wyjść bardzo trudno. Piaszczysty, gwałtowny spad jest stosunkowo miękki, więc podchodzenie pod górkę, szczególnie gdy w woderach pełno, staje się arcytrudnym zadaniem. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie z braku charakterystycznych śladów na wodzie, a też z racji tego, że na kilkuset metrach brzegu dno jest niemal niezmienne, nie trzeba zbyt mocno kombinować z przynętami. Zważywszy na fakt, iż można tu liczyć praktycznie na wszystkie ryby spinningowe, dobór wabika determinowany będzie przez to, na jaki gatunek się nastawimy. Jeśli jaź, kleń, okoń czy niezbyt duży szczupak, to raczej blisko brzegu, przy linii roślinności wodnej, na spadzie. Jeśli grubszy szczupak, sandacz czy sum, to oczywiście ciężej i dalej, w głównym nurcie. I jeszcze boleń: te biją praktycznie na całej szerokości rzeki. Zwykle im bliżej brzegu, tym mniejsze. Podręcznikowe miejsce, prawda? A figa! Dwie mini zatoczki, rozgraniczone przez wystającą skarpę, są niemal zupełnie jałowe. Ponad dwadzieścia lat tam zaglądam, mając na rozkładzie z tych miejsc najwyżej ze trzy szczupaczki i trochę drobnych okoni. A wszystko przez układ dna, łatwy do sprawdzenia przy pomocy mocno obciążonej gumy. Otóż przybrzeżny spadek, który zdaje się dość ostry, natychmiast się kończy prawie płaskim blatem z metrową wodą. Dopiero z piętnaście metrów dalej zaczyna się kolejny, dość stromy schodek do czterometrowej, piaszczystej rynny. Jednak próżno w niej szukać drapieżników. Za to warto stanąć z bolonką, znaleźć tę oddaloną rynnę, dokładnie wygruntować i... naprzód! Jeśli precyzyjnie położy się mocno obciążoną i sklejoną zanętę w sporej ilości, to jest szansa na ściągnięcie grubych leszczy i płoci. Ze spinningiem nie ma po co wchodzić. Najwyżej, jak ja czasem to czynię, na kwadrans zaglądam tylko by się kolejny raz przekonać, że tracę czas. Nie wszystko złoto, co się świeci. Dlatego, na powierzchni nurtu nie widać nic, co mogłoby sugerować układ dna, nieodzowne jest wykonanie kilku, kilkunastu rzutów sondażowych. W tym miejscu woda wygląda niemal identycznie jak w poprzednio opisanym miejscu w Borsukach. Jednak już pierwsze kilka pociągnięć mocno obciążoną gumą pozwolą się przekonać, jak wielkie są różnice. Urokliwy zakątek, urokliwy widoczek, prawda? Warto być nad wodą o świcie, nie tylko z powodu ryb. Warto też się przedzierać przez gęstwinę krzaków, pokrzyw, jeżyn, dzikich malin, mokradło, gdzie nogi zapadają się w błocku do połowy łydki. Czy aby na pewno warto? W prawym dolnym rogu widać rzadkie listki. Tam, a jeszcze i kilka metrów dalej, w stronę środka, nie ma nawet metra wody. To się ciągnie na odcinku kilkuset metrów. Nawet o ukleję tu trudno, a cóż dopiero o drapieżnika. Więc po co przedzierać się przez krzaki? Spójrzmy więc w lewy dolny róg fotki. Przy samej krawędzi kadru, mimo lekkiego sfalowania powierzchni, widać niezbyt wyraźne zakłócenie nurtu. A to dlatego, że jest tam twarda, poprzeczna przykosa. Dno dość gwałtownie opada o 30-40 cm. Druga taka jest o ok. 400 m niżej. Obie mają ten sam charakter: zwykle siedzi tam przynajmniej jeden szczupak dyżurny, niekiedy kilka okoni – patelniaków i lubi zakręcić się boleń. Co ciekawsze – od czasu, gdy to odkryłem, czyli już z piętnaście lat, skuteczne bywają tam tylko dwie przynęty: DAM Libelle nr 2 o złotawej paletce i Salmo Minnow 6 cm imitujący bodajże strzeblę, ale od biedy kiełbiopodobny. Ewentualnie okoń, jeszcze czasem skusi się na „lepperkę” nr 1 lub 2. Jak to odkryłem? Włączył mi się szwendacz, to i znalazłem przejście przez krzaki. A to ze 300 m przedzierania się przez totalny sajgon. A przejście tylko jedno. Nie chciało mi się przedzierać z powrotem, więc będąc w spodniobutach, postanowiłem pójść przy brzegu. Szybko trafiłem na pierwszą przykosę i jeszcze szybciej wydłubałem stamtąd dwa szczupaki. Jeden pod dwójkę, drugi niewiele ponad wymiar. Poszedłem więc dalej, znajdując i drugą. Znowu szczupak. Ale... tak lekko nie ma. Mogłem albo wrócić do miejsca wejścia, albo iść dalej i poszukać możliwości wyjścia. Znalazłem, o kolejne pół kilometra dalej. Rzadko tam zaglądam, a to z racji trudności z przejściem. Mając też świadomość, że jeśli tamtejsze szczupaki są chwilowo nieobecne lub bez apetytu, to mam przynajmniej trzy godziny bezproduktywnego brodzenia po zarośniętej, miejscami grząskiej płyciźnie. I oto mamy maj i rozlewiska w Pogorzelcu. Kawał pięknej, przebogatej, urozmaiconej wody. Zdawałoby się, że każdy spinningista może się tam wyszaleć. Być może, ale nie w maju. Dopóki grążele nie zaczną wystawać na powierzchnię, dopóki między liśćmi a powierzchnią zostaje choć ze 20 cm wody, to praktycznie nie ma czego szukać na otwartej, głębszej wodzie. Lwia część zębatych urzęduje w gąszczu młodych liści. Na wyścigi z drobnymi okonkami obżerają się wylęgiem (prawy dolny róg fotki, na tle żółtego liścia). Nie muszą się uganiać, wystarczy w odpowiednim momencie otworzyć paszczę i zassać kilka, nawet kilkanaście takich „przecinków”. To jakby śniadanie podane do łóżka. Lecz gdy się trafi coś nieco większego, powoli przechodzącego tuż nad czatownią, w zasadzie nie powodując konieczności długiego skoku, to jeszcze lepiej. A tym „czymś” okazały się prowadzone pod samym wierzchem wirówki. Wodnick postawił wówczas na Black Furry nr 2, ja niezmiennie trzymałem się „lepperki” nr 3. W zasadzie wyniki mieliśmy niemal identyczne, czyli ok. 10 podwymiarków. Ale wreszcie trafił się i taki: Kilka dni później, z tego samego miejsca, choć grążele zdążyły podrosnąć i trudniej było poprowadzić blaszkę, trafił się ciut mniejszy. Tymczasem, co usłyszeliśmy od przystaniowego, do wielkiej rzadkości należało, by ktokolwiek zszedł nawet z ledwo miarowym szczupaczkiem. Bo większość wolała szukać głębiej, na otwartej wodzie. Skąd najwyżej dało się na paprocha wydłubać jakieś okoniątko. Tam zębate zaczęły zagryzać dopiero od połowy czerwca. Niestety, rok później, w tym samym grążelowisku, przy takich samych warunkach atmosferycznych, nie połowiliśmy. Zaledwie kilka szczupaczątek nie przekraczających nawet połowy wymiaru. Gdzie były te większe? Nie wiadomo. Na głębszej wodzie też ich nie było. Może więc tylko nie miały apetytu? Dodam, że w podobne grążelowiska lubię się zapuścić w środku lata, w słoneczne dni, ale musi być bezwietrznie, by falująca woda nie płoszyła wygrzewających się drapieżników, a wąskie tunele między liśćmi były doskonale widoczne. Warunek drugi – mocny sprzęt. Letnie grążele są już bardzo mocne, więc nawet na plecionce trudno je zerwać. Dlatego zestaw musi gwarantować możliwość błyskawicznego, siłowego wyholowania ryby. I ostatni warunek: precyzja rzutu i prowadzenia. Trafiać trzeba niekiedy w dwudziestocentymetrowe przerwy między liśćmi, prowadzić zygzakami, omijając plątaninę łodyg, w tunelach mających nie więcej niż pół metra szerokości. Rewelacyjnie może być wtedy, gdy uda się położyć blaszkę na liściu. Jeśli schował się pod nim zębaty, to z pewnością zainteresuje się, co mu pacnęło nad głową, a gdy sekundę później delikatnie ściągnięta blaszka zamigocze w opadzie tuż przed nosem, to atak jest niemal pewny. Nie polecam tej sztuczki nikomu o kiepskim refleksie i słabych nerwach. Pół sekundy spóźnienia z zacięciem przyniesie tylko gwałtowny skok adrenaliny i kocią mordę. Na koniec skrótowo zerknijmy jeszcze na znacznie mniejszą, za to bez porównania czytelniejszą, niewielką rzeczkę. Nieciekawe, prawda? W dodatku zachmurzone, grożące deszczem niebo, zaroszone trawy odstraszające nieprzyjemną, chłodną wilgocią... Spójrzmy jednak na to drzewko po lewej stronie. Po przejściu stu, czy więcej metrów brzegiem, skąd widać tylko pół metra wody nad piaskiem i prawie żadnego życia, nagle trafiamy na dołek ok. 1,5 m. Można popróbować i spinningu, bo w tym dołku niemal na pewno siedzi szczupak. Wolałbym jednak jedną leciutką, krótką wędkę z maciupkim spławikiem i równie króciutką wędkę żywcową. Najlepiej z kiełbiem, choć na upartego może być i płotka. Pod spławik – żadnej zanęty! Najwyżej pół garstki rozmoczonych płatków. Na haczyk zaś najlepiej kulka ciasta. Lubią to płocie. Niewielkie, zwykle maks. 25 cm. Jedynie wiosną, gdy wejdą tu ryby na tarło, można powojować z takimi 25-35 cm, ale trwa to najwyżej 2 tygodnie. Białe robaki nie będą się cieszyć wzięciem. Na czerwonego czy ochotkę owszem, płoć się skusi, ale szybsze będą okoneczki i jazgarze, więc szkoda nerwów i czasu. Takie strugi mają jednak wielce pozytywną cechę. Otóż raz namierzony dołek niemal zawsze pozostanie w danym miejscu. Nawet trzymetrowe przybory nie są w stanie go zmienić. Owszem, może naniesie tam z 10 cm piasku, może o tyle samo zrobi się głębiej, niemniej w podobne miejsca, raz rozpracowane idzie się jak po swoje. Co ciekawsze – niemal zawsze stoi tam dyżurny szczupak. Na większego niż kilóweczka nie ma co liczyć. Ciekawe jednak, że po zabraniu jednego już następnego dnia zadomowi się tam kolejny, taki sam czy ciut mniejszy. Jeszcze jedno, jeśli przez kwadrans nie ma brań lub skubie tylko drobnica, to trzeba wędrować do następnego dołka. Odrobinę szersza rzeczka, kryjąca tysiące niespodzianek. Przepiękna, ale szalenie wymagająca. To nic, że zaraz za tym ukośnym pniem, dzięki krystalicznie czystej toni, dostrzeżemy ponad dwa metry wody, że idąc prawym brzegiem, zaglądając między krzaki porastające zakole, dostrzeżemy każdy szczegół i każdą rybę w miejscach niewiele płytszych, że choć czasem trzeba podawać przynętę „spod siebie”, bo krzaki przeszkadzają, to precyzyjnie możemy obłowić każdy pień, każdy zatopiony krzak, każdy dołek. Przy rzutach na 5-7 m, gdy jeszcze w polaroidach widać każdy ruch przynęty i każdą przeszkodę, można poprowadzić z dokładnością do kilku centymetrów. Problem w czymś innym. Ano w tej czystości właśnie. Każdy ruch na brzegu, każde trzaśnięcie patyka pod nogami, każdy chlupot i zmącenie lustra spowodowane brodzeniem, każdy cień padający na wodę, łączą się z nieodwracalną, błyskawiczną ucieczką ryb z promienia co najmniej kilkunastu metrów, a zważywszy jeszcze na wysokość i stromiznę brzegu oraz fakt, że przez porastające je mnóstwo roślin nie da się zejść po cichu, o rybach prawie można zapomnieć. Nie uciekną tylko drobne okonie i ciekawskie jelce, dosłownie pod nogami gotowe postukiwać w przynętę. A już to: to po prostu szczyt zaniedbania i braku myślenia. Niechby tam wówczas wrzucić i wiadro rybich smakołyków, to i tak by podeszły, być może, nie wcześniej niż pół godziny po odejściu bałwana, który, widocznym będąc jak na świeczniku, gimnastykował się rybom nad głowami. Dodam, że tym bałwanem okazałem się ja... ale cóż, jak się kilka godzin głęboko brodzi w piekielnie zimnej wodzie, a jeszcze kiedy nieustannie dmucha przeraźliwie zimny, porywisty, wschodni wiatr, to z powodu wychłodzenia mogły się skurczyć zwoje mózgowe... Niemniej i z tego mam nauczkę, wielce wskazaną nie tylko tam, lecz głównie na pstrągowych siurkach: jeśli to możliwe, to nie wchodzić do wody. Do maskowania się wykorzystywać każdy pień, każdą większą gałąź, krzak dzikich malin czy nawet kępę wysokiej trawy, a każdy krok stawiać tak, by nie trzasnęła żadna gałązka, nie zaszeleściło zielsko nieostrożnie rozgarniane butami. Cóż bowiem nawet i z mistrzostwa w czytaniu wody, skoro ryby uciekną, zanim człek zdąży podejść i popatrzeć? Wiele lat zajęło mi zrozumienie, jak ważnym elementem jest rozpoznanie wody. Nawet mimo tego, że ten odcinek (na fotkach z Narwi są powszechnie znane miejscówki z Gnojna, Ponikwi, Chmielewa, Lipy, Borsuków, wreszcie z obrzeży Pułtuska), liczący sobie ze dwadzieścia kilometrów biegu rzeki, z każdym rokiem stanowi dla mnie zbiór zagadek. Zrozumienie nadchodziło powoli, a jego postęp stał się odwrotnie proporcjonalny do malejącego pogłowia ryb i gwałtownie rosnącej presji wędkarskiej. Dawno skończyły się czasy, że miejscowy na widok stołecznej rejestracji robił wielkie oczy, a kiedy to złowienie kompletu szczupaków czy sandaczy w zasadzie nie było problemem. Kiedy dziwnym było, że z nocnej zasiadki nie trafił się sum czy kilka węgorzy, bądź przyzwoity sandacz. Ale wówczas w zasadzie nie było potrzeby pieczołowitego, cierpliwego poznawania wody. Miałem kilka miejsc bankowych, z dobrym dojazdem i dostępem do wody. Nie trzeba było uganiać się po mokradłach i krzakach, by skutecznie połowić. Jedno miejsce, najwyżej pięć i materiał na pyszną kolację był. Proces wyrybiania zaczął się na początku lat 90, gdy wpuszczono sieciarzy. Trzech lat wystarczyło, by sytuacja dramatycznie się pogorszyła. Gdy sieciarzy pogoniono, zaczął się powolny wzrost, lecz trzy lata temu wrócili, a dzierżawca tego obwodu rybackiego, czyli ZO PZW Mazowsze, głęboko w... ma głosy dziesiątków tysięcy wędkarzy. Wolą dać zarabiać dwom uprawnionym rybakom, łowiącym w tym rejonie, niźli uwzględnić głosy ludzi, za których składki mają pensje, delegacje, służbowe samochody itp. Stąd właśnie bierze się konieczność szukania czegoś dla siebie. Rozpracowywania niby niepozornych, niekiedy trudno odnajdywalnych miejsc, trudno dostępnych. W obliczu narastającej presji rybackiej i wędkarskiej po prostu chyba nie mamy innego wyjścia. Nawiązując do poprzedniego tekstu, o miejscach niby tajemnych, dopowiem jeszcze jedno. W większości narwiańskich miejsc, prezentowanych wyżej, nie jestem w stanie w kilku zdaniach określić ścieżki dostępu do nich. Weźmy fotkę z pajęczyną rozciągniętą na widełkach uschniętego pnia. Otóż samo trafienie do ścieżki, to ze sto metrów marszu między krzakami. Ścieżki nie ma, śladów nie ma. To tylko optyczna pamięć kilku charakterystycznych drzewek i krzaków. Gdzie i sam, pierwszy raz będąc w danym sezonie, miewam spore trudności z odnalezieniem drogi. Krzak podrósł, bobry ścięły ze dwa drzewa i dziękuję. Czasem z pół godziny motam się między krzakami i pokrzywami, zanim odnajdę właściwy kierunek. I tak jest co roku – trzeba na nowo odkrywać, odczytywać, sondować, rozpoznawać dno i układ nurtu, z rozczarowaniem konstatować, że znikł jakiś krzak moczący się niedawno w wodzie, że kawałek dalej nurt czy bobry położyły inne krzak czy drzewo... Ot, po prostu uroki wędkowania w dużych rzekach. Andrzej Bombola *Bombel*
Wędkarstwo Forum Branża wędkarska na forum Książki - grupa miłośników dobrej lektury 2013-02-10 / 11 odpowiedzi książki Wacława Strzeleckiego Czytać w rzece rozumieć ryby,może ktoś ma ,przeczytał i chciałby sprzedać lub pożyczyć bo nigdzie nie moge znalezć tej książki. rysiek38 Ale mi zadałeś temat,sam bym chętnie poczytał ..poprosze moją byłą(niezła hakierka)pewnie to wytropi na necie (2013/02/10 17:54) JOPEK1971 książki Wacława Strzeleckiego Czytać w rzece rozumieć ryby,może ktoś ma ,przeczytał i chciałby sprzedać lub pożyczyć bo nigdzie nie moge znalezć tej tylko jedną książkę tego autora Rzeczne,nawet takową posiadam.;-) (2013/02/10 21:17) SZUWARdragon2 książki Wacława Strzeleckiego Czytać w rzece rozumieć ryby,może ktoś ma ,przeczytał i chciałby sprzedać lub pożyczyć bo nigdzie nie moge znalezć tej zmienna jak kobita!Sam moze sie nauczysz? (2013/02/10 23:28) rysiek38 SZukalem i zero efektó a temat mnie zainteresował ,co prawda znalazłem coś ale za opłatą,poszperam jeszcze (2013/02/11 22:52) cudak Witam,Jestem również zainteresowany tą książką, czy komuś udało się coś ustalić, zdobyć ? (2013/03/29 14:39) Kondiro jeżeli chodzi o książkę Strzeleckiego "Wędkarstwo rzeczne" to ja kupiłem na alledrogo, obecnie czytam rozdział o łowieniu płoci. Stary wolumin ale to co piszą w periodykach tematycznych było już znane dwadzieścia kilka lat temu (2013/03/29 14:45) JOPEK1971 jeżeli chodzi o książkę Strzeleckiego "Wędkarstwo rzeczne" to ja kupiłem na alledrogo, obecnie czytam rozdział o łowieniu płoci. Stary wolumin ale to co piszą w periodykach tematycznych było już znane dwadzieścia kilka lat temuTo jeden z niewielu podręczników który powinien być w biblioteczce wędkarza,Marek Szymański też bzdur nie pisze w swojej książce Wędkarstwo Spinningowe które polecam,bo Marek to świetny myślący spiningista nie tylko się że książki nie napisał Maciek Jagiełło,na pewno był by hicior. (2013/03/29 14:58) cudak jeżeli chodzi o książkę Strzeleckiego "Wędkarstwo rzeczne" to ja kupiłem na alledrogo, obecnie czytam rozdział o łowieniu płoci. Stary wolumin ale to co piszą w periodykach tematycznych było już znane dwadzieścia kilka lat temuZ tą książką nie ma problemu. "Mocno" poszukuję książki pt. "Czytać w rzece, rozumieć ryby" Wacława Strzeleckiego (2013/03/31 14:44) marciano witam,czytać w rzece rozumieć ryby, wędkarstwo rzeczne czy wędkarz i rzeka to jedna książka Wacka Strzeleckiego tyle że chyba wydana w rożnych latach i ewentualnie rozszerzona posiadam tą ostatnia - naprawdę książka godna polecenia i bardzo ciekawie napisananiestety obecnie siedzę w Anglii ale jak wrócę na wakacje to napisze i mogę pozyczycpołamani kija koledzy (2013/10/20 22:00) u?ytkownik16322 Człowiekiem który przed górą 30 paru lat namówił mnie do powrotu nad wodę był śp. wujek mojej żony imiennik Wacława Strzeleckiego ( ponoć znał go osobiście ) mawiałWędkarstwo Rzeczne- nader niebezpieczne Wacław Jeziorowe - nieszczęście gotowe- Tadeusz są klasycy Polskiego wędkarstwa. Mam obydwie pozycje w swojej wędkarskiej oddam za Chiny i zostawię wnuką w wodę tak mawiał wujek Wacek. Wszystkoco jest w tych ,,bibliach " wędkarstwa zgadza się z tym czego nauczył mnie ten stary człowiekWszystko w - moczykij od uuuuuu i jeszcze trochę lat. (2013/10/21 17:32) pafcio0 Tutaj dostępna: (2015/03/22 12:49) Wędkarstwo wiadomości Sklep dla wędkarzy
Wiersz o wiecznym ruchu - analiza i interpretacja utworu Wisławy Szymborskiej "W rzece Heraklita" mgr Halina Raś - Homel mgr Lidia Chrzanowska Wisława Szymborska W RZECE HERAKLITA W rzece Heraklita ryba łowi ryby, ryba ćwiartuje rybę ostrą rybą, ryba buduje rybę, ryba mieszka w rybie, ryba ucieka z oblężonej ryby. W rzece Heraklita ryba kocha rybę, twoje oczy - powiada - lśnią jak ryby w niebie, chcę płynąć razem z tobą do wspólnego morza, o najpiękniejsza z ławicy. W rzece Heraklita ryba wymyśliła rybę nad rybami, ryba klęka przed rybą, ryba śpiewa rybie, prosi rybę o lżejsze pływanie. W rzece Heraklita ja ryba pojedyncza, ja ryba odrębna (choćby od ryby drzewa i ryby kamienia) pisuję w poszczególnych chwilach małe ryby w łusce srebrnej tak krótko, że może to ciemność w zakłopotaniu mruga? MODEL ODPOWIEDZI Analiza i interpretacja wiersza Wisławy Szymborskiej "W rzece Heraklita" I. Wstępne rozpoznanie całości: 1. wiersz o wiecznym ruchu, 2. wstępna hipoteza interpretacyjna: jest refleksją o obrazie mijającego bezpowrotnie czasu i ulotności ludzkich dokonań. II. Nadawca - adresat: 1. podmiot liryczny - obserwator i uczestnik rzeczywistości lirycznej, 2. kreacja podmiotu lirycznego: określona przez dwa punkty widzenia: a. zewnętrzny - "W rzece Heraklita ryba łowi ryby...", b. odśrodkowy - "ja ryba pojedyncza, ja ryba odrębna", 3. sytuacja liryczna: a. powszechność nieustających zmian, b. logika zmian związanych z ludzkim bytem i jej metaforyczny obraz: rzeka - ryby, 4. liryka filozoficzno - refleksyjna. III. Ukształtowanie wypowiedzi: 1. liryka pośrednia; autoironia pozwalająca na zachowanie dystansu wobec siebie jako uczestnika przemian, 2. tytuł zapowiada klucz interpretacyjny, 3. kompozycja podporządkowana słowom - kluczom: Heraklit - rzeka - ryba, 4. kontrast przeciwieństw i harmonii oraz indywidualizmu i zbiorowości, 5. absurd i niesprawiedliwość ze strony potężnej natury - wyznaczenie człowiekowi trwania zbyt krótkiego i epizodycznego, 6. język: a. metaforyka intelektualno - pojęciowa "W rzece Heraklita (-) ryba ćwiartuje rybę ostrą rybą" b. powtórzenia podkreślają niezmienność sytuacji i przemian, c. czas teraźniejszy podkreśla uniwersalną wymowę utworu, d. czasowniki występują w 1 i 3 osobie liczby pojedynczej, co podkreśla sytuację podmiotu lirycznego (uczestnika i obserwatora). 7. poprawne posługiwanie się pojęciami: - podmiot liryczny, - monolog liryczny, - dominata kompozycyjna, - dystans, - autoironia poetycka. IV. Temat utworu: Pesymistyczne refleksje odnoszące się do współistnienia stałości i zmienności przemian; rozumna myśl kierująca światem. V. Przywołanie właściwych kontekstów oraz sposób ich wyzyskania w odczytaniu utworu: 1. nawiązanie przywołane bezpośrednio, myśl o zmienności bytu w utworze: Heraklit z Efezu, "pantarhei", 2. motyw nadczłowieka - twórcy i tworzenia "W rzece Heraklita ryba wymyśliła rybę nad rybami", 3. motyw tworzenia przez ścieranie się przeciwieństw, prowidencjalizm - koncepcja dziejów. VI. Interpretacja uogólniająca: W heraklitejskiej rzece czasu, rzeczy przeciwstawne łączą się tworząc harmonię. Z perspektywy zewnętrznej całość tę tworzą nie różniące się między sobą jednostki, zaś wewnętrznej każda z nich stanowi byt niepowtarzalny. Świadomość przynależności do świata materii (fizjologia, śmierć, instynkt, sztuka, piękno) prowadzi do pesymistycznych konkluzji. "Grzesznikiem jestem, wiem to przecie..." Francois Villon - przestępca, awanturnik, poeta. Franciszek Villon - prawdopodobnie Francois de Montcorbier (albo: des Loges). Urodził się w 1431 r, roku śmierci Joanny d'Arc. "Biedny i z lichego rodu", osierocony przez ojca, o którym tylko tyle wiadomo, że nie był zamożny. Wychowany został przez Guillaume'd de Villon, kanonika Saint - Benait - le - Bestourne', którego nazwisko przybrał. Bardzo zdolny łatwo zdobywa pierwsze stopnie uniwersyteckie. W 1452 r. zostaje magistrem sztuk wyzwolonych. Następnie podejmuje studia prawnicze, oczekując jednocześnie beneficjum kościelnego, ale więcej dba o to, aby się zabawić w gronie godnych kompanów, którzy pociągają go daleko na drogę występku. Z początku są to żarty bez znaczenia: ktoś zdjął po kryjomu szyldy sprzedawców, a Villon przypomina sobie umieszczone na nich nazwiska, z których potem stroi dwuznaczne żarty. Przesunięto kamień graniczny zwany "Pet au Diable", a Villon utrwala to wydarzenie w opowiadaniu przeznaczonym do powieści, która zaginęła czy może nigdy nie została napisana. Nie miałoby to żadnych poważniejszych następstw, gdyby nie wmieszała się w to straż i gdyby zaraz po zakończeniu wojny stuletniej scholarom i straży nocnej nie spieszyło się tak do wydobycia szpady. W czasie bójki ulicznej wywołanej przez księdza Filipa Sermoise Villon zabija swego przeciwnika. Wprawdzie ten przebacza mu umierając, ale sprawiedliwość urzędowa jest mniej łagodna i Villon musi szukać ratunku w ucieczce. W styczniu 1456 r. dzięki łasce króla otrzymuje zezwolenie na powrót do Paryża. Podobno miał poparcie wysokich osobistości. Guy Tabarie (ten sam, który jakoby ostatecznie przepisał opowiadanie a Pet ua Diable), Colin z Cayeux, który był "powieszony i uduszony" i jakiś Petit Jean, zawodowy włamywacz dokonuje wyprawy na Kolegium Nawarskie. Villon, który był inspiratorem tego czynu, ograniczył się do czuwania na straży. Kradzież dokonana około Bożego Narodzenia 1456 roku została wykryta w marcu dopiero następnego roku. W maju odnaleziono winnych. Tabarie wyznał wszystko i wydał współwinowajców. Poeta uciekł pozostawiwszy jako pożegnanie Legaty (Lais) stanowiące jakby szkic Testamentu. Oznajmiał w nim, że wyjeżdża do Angers, aby uciec przed niewierną kochanką. W rzeczywistości zamierzał dokonać nowego przestępstwa, tak przynajmniej utrzymywał Tabarie. Przez kilka lat Villon błąkał się po gościńcach środkowej Francji. W 1458 roku przebywał na dworze Karola Orleańskiego w Blois. W 1461 roku odnajdujemy go w więzieniu w Orleanie. Odzyskał wolność z okazji przyjazdu księcia do miasta. Jakie przestępstwo było powodem następnego uwięzienia? Nie wiemy. Ale pierwsze zwłoki Testamentu mówią dostatecznie jasno o niewinności i głębokiej urazie do biskupa Thibaut d'Aussigny, który trzymał poetę "całe lato" w srogim więzieniu w Meung-sur-Loire. Drugiego października 1461 roku, w związku z przyjazdem Ludwika do małego miasteczka, więzień odzyskuje wolność. Wycofawszy się w okolice Paryża, wykańcza w pierwszych miesiącach 1462 roku swe arcydzieło, Testament. Pod koniec tego samego roku powraca do miasta, co okazuje się niedobrym pomysłem, znowu bowiem uwięziono poetę za kradzież, przypomniano też sobie dawna sprawę włamania do Kolegium Naworskiego. Uwolniony Villon wkrótce dostaje się ponownie w ręce sprawiedliwości w następstwie bójki, której zresztą był tylko świadkiem, ale ciąży już na nim awanturnicza przeszłość. Dawnych protektorów już nie ma w mieście, władza królewska przywraca porządek, nie ma już miejsca na pobłażanie. Prawdopodobnie niewinny Villon zostaje skazany na śmierć. Na skutek apelacji sąd zmienia decyzję. Wyrokiem z dnia piątego stycznia 1463 roku skazano poetę na 10 lat wygnania. W trzy dni później Villon opuszcza Paryż na zawsze. Tradycja, o której wspomina Rabelais głosi, że wycofał się on do Saint - Maixent, aby organizować tam przedstawienia pasyjne "w wykonaniu języko mieszkańców Patou". Czyżby poeta - kryminalista realizował w ten sposób swoje postanowienie, o którym tak mówi: Grzesznikiem jestem, wiem to przecie, A jednak nie chce Bóg mej śmierci, Lecz, bym inaczej żył na świecie. Niestety, ta tradycja jest niewątpliwie tylko legendą. Twórczość Villona jest ilościowo niewielką. Legaty (Lais) składają się z 320 wierszy i stanowią szkic Testamentu liczącego 2023 wiersze. Poezje różne (Poesis dierses) liczą ich ponad 600, jeśli się pominie ballady pisane żargonem złodziejskim. Tę zwięzłość można uważać za zamierzoną przez poetę, który wykazywał skądinąd skłonność do wielomówności. Dlatego też często wysuwano kwestię jednolitości kompozycyjnej utworów Villona. Co do Legotów odpowiedź jest prosta. Villon musiał skomponować jednym tchem te 40 strof, w których produkuje temat kochanka - męczennika, wykorzystując tradycyjne ramy groteskowego Testamentu, aby pozwolić swej fantazji na tworzenie satyrycznych "Legatów", wydaje się że tu słowo porywa za sobą myśl. Temu zdradzonemu kochankowi, perwersyjnie zmysłowemu nie dane jest uczucie prawdziwej, ludzkiej czułości. Jest głęboko przywiązany do Guillaume'a de Villon, jeszcze bardziej kochał swoja matkę. Villon cierpi nad tym, że ojciec się go wyrzekł i czyni go odpowiedzialnym za swą nędzę i niepowodzenie. Przyjaźni szukał wśród pospólstwa, wśród dziewcząt "których gębusie wyszczekane wielce". Miał litość dla chorych, w znacznie mniejszym stopniu dla niewiadomych, ale średniowiecze zawsze się wyśmiewało z tego kalectwa. Przede wszystkim jednak myśli o towarzyszach swego przestępczego i lekkomyślnego żywota. Zwraca się do tych nicponiów - "dzieci porzuconych. Które są zarazem znalezionymi" i zapisuje im balladę pełną roztropnych rad, ostrzega w ich gwarze, którą zna doskonale: "jeśli oszukujecie w grze, albo jeśli pozwalacie sobie na gwałt, uważajcie na własną skórę", Im więcej czytamy Villona, tym bardziej stajemy się wrażliwi na walory jego poezji i tym silniej poddajemy się oddziaływaniu jego osobowości. Villon jest poetą zarówno dzięki swojemu poczuciu honoru i zmysłowi satyrycznemu jak i liryzmowi, który jest już nowoczesny. Villon człowiek słaby, grzeszny, przestępca opuszczony zarówno przez tych, którzy go przywiedli do upadku, jak i tych, którzy go mogli lub powinni byli ocalić, często - zda się powtarzać nieśmiałym szeptem pytanie Czy mnie kochacie? Czy naprawdę mnie kochacie? Niestety. Poeta mógłby tylko odpowiedzieć sobie słowami, które uczynił tytułem swej poezji jego daleki brat Guillaume Apallinaire. Czyż bowiem twórczość Villona nie jest również, przynajmniej w części "piosenką niekochanego". Twórczość Villona stanowi najwyższe osiągnięcie liryki francuskiej późnego średniowiecza. Ściśle związana z jego życiem, jest szczerym wyznaniem w którym wspomnienia ziemskich uciech łączą się z pełną grozy wizja śmierci, głównie dzieło to: Wielki Testament (1461, wyd. 1789, wyd. polskie w 1917 roku) - obszerny poemat przeplatany balladami i rondami. Tutaj zaczyna Wilon testować. LXXXVI Item, me ciało grzeszne zdaię Ziemi, wielmożney rodzicielce; Robactwo się ta niem nie naie, Głódie przyimie żyzne łono; Co z ziemi, w ziemię się obraca; Wszelka rzecz, słusznie mówią pono, Chętnie do swego mieścca wraca. CLXXVII Item, chcę, aby na mym grobie Tę, co tu podam, zwrotkę małą W dość znacznym kształcie y sposobie Spisano; (...) CLXXVIII TU LEGŁ, Z AMORA DŁONI SROGIEY, Z SRCEM BOLEŚNIE SKALECZONEM, ŻACZYNA LICHY Y UBOGI, CO BYŁ FRANCISZKIEM ZWAN WILONEM; ZIEMI NIE POSIADŁ NI ZAGONA, ODDAWAŁ WSZYSTKO: CHLEB, KOSZYCZEK, STÓŁ. ANO TEDY, ZA WILONA, ODMÓWCIE BOGU TEN WIERSZYCZEK: RONDO DAY BÓG SPOCZYNEK ZASŁUŻONY, ŚWIATŁOŚĆ Y POKÓJ WIEKUISTY TEMU, CO PŁUGA ANI BRONY NIE POSIADŁ, NI KOSZULI CZYSTEY; NAGI, DO SKÓRY OGOLONY, NA SPOSÓB RZEPY OBŁUSZCZONEY DAY BÓG SPOCZYNEK ZASŁUŻONY! SROGIM WYROKIEM PRZEPĘDZONY, WBREW APELACYI UROCZYSTEY, W SAM ZADEK CELNIE UGODZONY, BŁĄKAŁ SIĘ TUŁACZ WIEKUISTY. DAY BÓG SPOCZYNEK ZASŁUŻONY... Przełożył Tadeusz Żeleński (Boy) Bibliografia: 1. J. Adamski Historia literatury francuskiej 2. J. Starnawski Średniowiecze Opracowanie: mgr H. Raś - Homel mgr L. Chrzanowska
czytać w rzece rozumieć ryby